alexiihutch

  • Niedawno, po upłynięciu kilku lat, sięgnęłam po starą wersję filmu " Footloose". Ot, tak postanowiłam spędzić sobie słoneczne popołudnie. Pamiętałam fabułę, aktorów i muzykę, ale oglądając to ponownie, odnosiłam wrażenie, jakbym oglądała to po raz pierwszy. Byłam zachwycona. Już od pierwszej sceny, kiedy to w głośnikach zaczyna brzmieć piosenka Kenny'ego Logginsa, "Footloose", miałam ochotę zerwać się z fotela i zacząć skakać, dziko tańczyć. I tak też zrobiłam - w końcu nikogo nie było, mogłam się chwilę powygłupiać. Śpiewałam głośno refren i obie zwrotki i wczuwałam się w bycie Kennym. Kiedy utwór dobiegł końca, a kamera pokazała Kevina Bacona, wróciłam, trochę zgrzana, na swoje miejsce. Kevin Bacon to cudowny aktor, taki sympatyczny, z twarzy przypomina i łobuza, z którym można wymknąć się nocą z domu, i dżentelmena, który będzie zachowywał się kulturalnie na obiedzie z rodzicami swojej dziewczyny. Dlatego idealnie pasuje do roli Rena - nieco zagubionego w życiu, kochającego taniec i muzykę, chłopaka, który z miasta przyjeżdża na wieś razem ze swoją matką. W miasteczku panują surowe zasady, zakazujące mu robienia tego, co kocha. Kilka nieporozumień i małych sprzeczek psuje mu reputację, ale i przyciąga uwagę pewnej ślicznej córki pastora, Ariel. Piękna Lori Singer nadaje się do tej roli, jak nikt inny. Jest szalona, ale skrywa w sobie pewną wrażliwość i w głębi serca pragnie, by ojciec poświęcił jej trochę czasu, jak dawniej. Jest jak każda nastolatka - udaje buntowniczą, nie do zniszczenia, momentami lodowatą - a tak naprawdę, jest tylko człowiekiem. I też ma uczucia. Kolejną postacią, której nie mogę pominąć jest oczywiście pastor, który sam nie wie, czego chce i czego powinien wymagać od córki. Z jednej strony chce dla niej tego, co najlepsze, a z drugiej, odbiera jej szansę na bycie szczęśliwą. John Lithgow idealnie wpasował się w skamieniałego, ale i dobrodusznego ojca, który w końcu daje młodym za wygraną. Jego filmowa żona, Dianne Wiest, jedna z tych aktorek, które jak widzisz, masz ochotę przytulić, jest niesamowita. Ma w sobie tyle ciepła i empatii, że nie da się jej nie lubić. Jej postać pasuje do niej idealnie, mimika twarzy, gesty. Uwielbiam jej niepewny uśmieszek, kiedy Ren i Ariel dostają przyzwolenie na zorganizowanie przyjęcia na koniec ostatniej klasy. Po prostu magia.

     

    Mogłabym tak jeszcze długo opisywać, co spodobało mi się w obsadzie, ale to nie tylko świetni aktorzy tworzą ten film. Tworzy go też muzyka. Dzięki niemu pokochałam muzykę z lat 80. "Footloose", "Let's hear it for the boy", "Almost Paradise" i "I'm Free". Jak można się przy tym nie uśmiechnąć, nie zaśmiać, nie wruszyć? Muzyka jest jednym z najważniejszych elementów filmu i tu oceniam ją na 6+. Nie lubię tego gatunku filmów, muzyczne i taneczne - to raczej nie dla mnie. Ale ten film mnie oczarował. Oczarował mnie jako małą dziewczynkę i oczarowuje do dzisiaj.

     

    Szkoda, że takich młodzieżowych filmów już dzisiaj nie robią. Chociaż nie mam nic do zarzucenia filmom, które oglądają nastolatki, np. "Camp Rock", bo to też film z jakimś przekazem, który dzieci zrozumieją, to jednak nic nie zastąpi tego klimatu, tych aktorów i tej muzyki. Oraz oczywiście, wygimnastykowanego Kevina Bacona, rzucającego się w szaleństwie po pustej hali do piosenki "Never" Michaela Gore'a. Zawsze na ostatniej scenie, wzruszam się, potrafię nawet cicho załkać. Tak bardzo chciałabym odwlec zakończenie. Zobaczyć, czy relację Ariel z ojcem się poprawią, czy Ariel i Ren zostaną w miasteczku i, może to trochę infantylne, ale czy będą ze sobą do końca życia i założą rodzinę? W ciągu półtorej godziny, tak zżyłam się z tymi bohaterami. Byli dla mnie niemalże jak koledzy, których dawno nie widziałam.

     

    Od długiego czasu, żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia, a jestem typową kinomanką i oglądam bardzo dużo produkcji. Na pewno nie sięgnę po nową wersję "Footloose" i odradzam to komukolwiek, lepiej obejrzeć film z Kevinem i Lori, który naprawdę daje do myślenia i zmusza do pewnych refleksji.

     

    Ja odbieram ten film jako taką lekcję, aby walczyć o swoje marzenia i o to, co się kocha. Albo o tych, których się kocha. I że nie zawsze imprezy są złe, jak myślą rodzice. Czasem trzeba się wyszaleć, oczywiście, z umiarem, ale jednak. Taniec to dobry sposób na odstresowanie się od wszelakich problemów. A jeśli nie umiesz tańczyć, odwtórz sobie scenę z "Footloose" z 1984 roku, kiedy Ren uczy tańca swojego kumpla. Od czegoś trzeba w końcu zacząć.

     

    Warto kiedyś włączyć sobie ten film i obejrzeć go z rodziną, gwarantuję, że nie tylko dorośli będą się na nim dobrze bawić.